Archiwa

Linki

Powstanie Styczniowe 1863 r. w parafii Brańszczyk

12. Wspomnienia o polskim powstaniu z lat 1860-1864.
(Fragment artykułu dot. działań na terenie pow. pułtuskiego w tłumaczeniu  ks. W. Wacławskiego).

[63] „Na początku jesieni 1864[1863] roku Wojennym naczelnikiem na powiat pułtuski i ostrołęcki naznaczony został stary nasz znajomy z cza¬sów postoju naszego pułku w Kaliszu i Sieradzu, pułkownik Zajcew, który już się odznaczył w tych miastach energicznymi czynami. W tymże czasie do osady Serock przyłączono 8 sąsiednich gmin, a nasz dowódca oddziału, poddany pod rozkazy płk. Zajcewa z tytułem, Wojenny naczelnik serockiego odcinka. Jednocześnie z przybyciem płk. Zajcewa do Pułtuska postanowiono zdławić, wszelkimi możliwymi środka¬mi powstanie Polaków i w tym celu zwołani zostali do Pułtuska wszyscy wojenni dowódcy poszczególnych odcinków, którym płk. Zajcew osobiście zalecił wszelkie środki, nie krępując się niczem, aby tylko ograniczyć powstańców. Rozkazał również pułkownik Zajcew zebranym dowódcom, aby zastosowali u siebie następujące środki:
1. urządzić wiejską straż z obowiązkiem wyłapywania pojedynczych powstańców.
2. Urządzić w wioskach rogatki i postawić przy nich straż.
3. Przeprowadzić szczegółową rewizję wszystkich dworów szlacheckich, zagród i zabudowań w oddalonych [64] miejscach w celu odszukania składów broni i aresztowania wszystkich podejrzanych osób, i nie posiadających paszportów.
W tem jakby na przekór wzmiankowanym rozporządzeniom, a także nie bacząc na wczesną i zimną jesień, w olbrzy¬mich ostrowskich lasach trzymała się dosyć silna konna partia powstańców pod dowództwem rybaka z Brańszczyka pod pseudonimem "Słowik”. Ów „Słowik”, znając doskonale teren, pod opieką i przy pomocy miejscowej ludności, zebrał partię zwaną "Zawadiaki” („Narwańcy”) z 40 ludzi złożoną, zaopatrzył ich w doskonałe konie podarowane przez obywateli i z tą partią operował przez całe zeszłe lato w sąsiadujących z Bugiem lasach, przechodził w lasy radzymińskie, pokazując się w rozmaitych miejscach, szczęśliwie omijał  zastawione nań zasadzki.
Płk Zajcew chcąc koniecznie zniszczyć partię "Słowika" urządził nań formalną obławę, wysyłając jednocześnie z rozmaitych punktów lekkie oddziały, a w tej liczbie i nasz oddział serocki, ze wszystkimi kozakami. Nasz oddział miał zrobić poszukiwania w Wyszkowie, Brańszczyku i nad rzeką Bugiem. Jednocześnie z nami wysłane były oddziały z Pułtuska, Makowa, Ostrowia i Ostrołęki. Zgodnie z rozporządzeniem płk. Zajcewa, cała ta ekspedycja powinna być za¬chowana w ścisłej tajemnicy i nikt prócz dowódców nie powinien wiedzieć w jakim kierunku oddział postąpi.
24 listopada przed wschodem słońca, nasz oddział złożony z jednej roty piechoty i 15 kozaków, pod dowództwem majora K. Hermana wy¬szedł z Serocka i szosą białostocką szedł w stronę Wyszkowa. Przeszedłszy las położony o 8 wiorst od Serocka, wyszliśmy na równinę i o 1/4 wiorsty od szosy ukazały się duże budynki folwarku Somianka, własność francuskiego poddanego barona Piudżeta. Na prawo od folwarku widać było wieś, a przed nami bielejąca [65] szosa ukazywała się na kilka wiorst. Poranek był wilgotny, mroczny, przed nami nie było widać nic podejrzanego, ani pieszych ludzi, ani konnych. Mały nasz oddział, wskutek wilgoci senny, szedł leniwie, a kozacy parając się ze snem okrutnie kiwali się na siodłach. Trzymając się tuż przed oddziałem piechoty kozacy wysłali na zwiady dwóch tylko. Rozwiad ten wkrótce znikł nam z oczu, a dojechawszy szosą do bocznej dworskiej drogi, skręcił na takową w stronę dworu Somianka. Kiedy oddział nasz zbliżył się do bocznej drogi, wtem dał się słyszeć wystrzał karabinowy i w tejże chwili zauważyliśmy, że wszyscy nasi kozacy galopem popędzili naprzód w stronę dworu, trzymając w pogotowiu lance. Jeden zaś z nich wskazując karabinem na dwór do dowódcy oddziału. Dowódca dowiedziawszy się, że dwór zajęty jest przez powstańców, rozkazał piechocie obejść dwór z prawej strony, aby odciąć powstańcom ewentualny odwrót do lasu. Kiedy przebiegliśmy po zaoranym polu z ćwierć wiorsty, ujrzeliśmy naszych kozaków pędzących w stronę lasu. Widząc z tego, że kozacy puścili się w pogoń za powstańcami, dowódca posłał pół roty na pomoc kozakom, a drugą połową zajął dwór Somianka.
Pierwsza połowa roty po przejściu lasem około wiorsty drogi, zatrzymała się na skrzyżowaniu dróg i przestawszy tam z godzinę czasu wróciła do dworu. Tymczasem dwór zajęty był przez resztę naszego oddziału, pod dowództwem porucznika Bużenowa, który przy rewizji budynków dworskich znalazł jednego konia powstańców, a w słomie zakopanego trębacza z partii "Słowika” i tego aresztował wraz z dwoma niewiadomymi osobnikami i właścicielem majątku. Wkrótce przyprowadzili do pokoju, w któ¬rym byli umieszczeni aresztowani, wójta gminy nazwiskiem Bartoszewica, ranionego przez kozaka w chwili ucieczki z dworu do wsi. W kuchni dziedzica gotował się obiad w wielkich [66] rondlach, na stołach zaś leżały zapasy różnej prowizji i prześliczne egzemplarze ryb całe stosy pieczywa, owoców i inne. Z zebranych na miejscu wiadomości, okazało się, że konna partia powstańców przybyła do Somianki przed wschodem słońca. Dowodził partią "Słowik", mężczyzna średnich lat, wysokiego wzrostu, twarzy ospowatej. Ubrany był w węgierkę ruskiego huzarskiego oficera. Partyzanci mieli piękne rosłe konie, ubrani byli w ciemne półkożuszki, każdy miał szablę i dubeltówkę. W Somiance miał "Słowik" urządzić odpoczynek, lecz skąd przyszedł i dokąd miał zamiar jechać, nikt o tym nie wiedział. Przybywszy do folwarku powstańcy umieścili konie pod wystawą, oddaloną od dworu o 50 kroków, a nie zostawiwszy nikogo na czatach, wszyscy poszli do dworu, aby się rozgrzać i posilić. W tym czasie przyjechali dwaj kozacy. Jeden zatrzymał się przy młockarni i wdał się w rozmowę kobietami, a drugi podjechał do dworu i zajrzał do wnętrza przez  okno nie schodząc z konia. Powstańcy tymczasem siedzieli w gościnnym pokoju plecami do okien, i zdarzyło się, że pod oknem do którego zajrzał kozak, siedział sam dowódca powstańców. Kozak zauważywszy w salonie oficera huzarów i myśląc, że we dworze bawią oficerowie Sumskiego huzarskiego pułku kwaterującego w Pułtusku, skombinował sobie, jak się później szczerze przyznał, że obywatel nie odmówi jemu i towarzyszowi dać po kieliszku wódki i dlatego krzyknął na kozaka stojącego przy młocarni: "ej podjedź no tu, we dworze u pana nasi oficerowie w gościnie". Na ten okrzyk od razu kilku siedzących spojrzało w okno, a zatem w salonie powstał wielki ruch. Kozak dojrzawszy na ich plecach dubeltówki i domyśliwszy się co to byli za "husarze z Pułtuska", w mig zawrócił koniem i wystrzeliwszy w powietrze, uciekł wraz z towarzyszem z pod dworu. Powstańcy [67] korzystając z czasu dosiedli koni i prócz jednego trębacza, co sił uciekli do lasu. W ten sposób wskutek słabego rozwiadu (wszystkiego dwóch ludzi), wskutek gawędy jednego kozaka z kobietami, a niedołęstwa drugiego zajętego myślą "o pańskiej wódce”,   konie powstańców stojące tuż przy dworze były niezauważone, a powstańcy skorzystawszy z kwadransu czasu i dzięki dobroci swoich koni, zdążyli oddziałowi naszemu uciec do lasu z przed nosa. Kozacki oficer, który gonił powstańców, późno wieczorem wrócił do Somianki i opowiedział dowódcy oddziału, że on następował na pięty powstańcom, aż do miejsca, gdzie w lesie rozchodziły się trzy drogi, a nie mogąc odnaleźć ich śladu_gdyż ziemia zdeptana była końmi w rozmaity sposób, puś¬cił się na los szczęścia, środkową drogą, który zaprowadziła go do Bugu. Tam dopiero się przekonał, że powinien był jechać lewą drogą, a co potwierdził rybak, znajdujący się nad rzeką. Ten oświadczył, że łowiąc ryby od rana, widział 35 do 40 powstańców, którzy przyjechali na bardzo zmęczonych koniach do rzeki, a przeprawiwszy się  wpław przez Bug, pojechali galopem w stronę radzymińskich lasów. Pokazywał nawet miejsce przeprawy, położone o 300 kroków na lewo, gdzie byli kozacy. Oficer rozporządzający 15 ludźmi, na zmęczonych i głodnych koniach, zupełnie słusznie zaniechał przeprawy przez rzekę, który już była pokryta gęstą krą, lecz zawrócił do Somianki.
Późno wieczorem otrzymałem od dowódcy rozkaz odstawienia do Pułtuska aresztowanego obywatela, dwóch jego gości i ranionego wójta. Dla obywatela kazał zaprzęgnąć konie do powozu, a dla mnie i 20 najlepszych żołnierzy do konwoju przygotowali trzy ogromne wozy, każdy w cztery konie. Podróż do Pułtuska miałem odbyć jak najśpieszniej, aby z powrotem być na godzinę ósmą rano i z całym oddziałem o godzinie dziewiątej ruszyć naprzód. Okazało się jednak, że tę podróż odbyć w tak krótkim [68] czasie będzie niemożliwym, wskutek złej drogi i zepsucia się wozu, a wreszcie przeprawy promem przez Narew wśród gęstej kry pozwoliły nam stanąć w Pułtusku o godzinie drugie w nocy. Oddawszy aresztowanych i umieściwszy żołnierzy na nocleg, zmęczony udałem się na spoczynek w pewnym hotelu, lecz zaledwie zasnąłem, a już mnie przebudził unteroficer, przysłany od wojennego naczelnika Zajcewa z raportem od burmistrza miasta Wyszkowa, że późno wieczorem "Słowik" z 35 powstańcami przeszedł przez Wyszków, a nie zatrzymując się w mieście skierował się ku lasom ostrowskim. Na raporcie burmistrza płk Zajcew własnoręcznie dopisał: „otrzymano o godz. 2 min. 45 w nocy. Oficer przybyły z więźniami niech przyjmie do wiadomości". Z tego raportu burmistrza należało wnioskować,  że "Słowik" uciekłszy rano za Bug do lasów radzymińskich, późno wieczorem z powrotem przeprawił się przez rzekę pod Wyszkowem i znalazł się przed naszym oddziałem, na tej linii, po której wypada nam postępować. Raniutko po parogodzinnym odpoczynku ruszyłem z moimi żołnierzami pieszo z Pułtuska, a uszedłszy z 10 wiorst, zażądałem od pewnego obywatela podwód, a tak zmęczeni i głodni stanęliśmy w Somiance o godz. 12 w południe. Zaraz po moim przybyciu nasz oddział ruszył w drogę i przybył do Wyszkowa na noc.
Przybywszy do dowódcy oddziału burmistrz miasta Wyszkowa zakomunikował, że "Słowik” przeszedłszy wieczorem przez Wyszków, skrył się w lasach ostrowskich. Zarazem burmistrz zaznaczył, że konie powstańców były nadzwyczaj  zmęczone, a sam "Słowik" bardzo przygnębiony i aczkolwiek znajomy z wszystkimi mieszkańcami Wyszkowa z nikim jednak nie witał się i do nikogo, ani słowem nie przemówił. Kozacy zaraz posłani byli na wywiad do wioski Czarnowody  i tam zasięgnęli wiadomości, że powstańcy znowu przeszli [69] na drugą stronę Bugu. Na drugi dzień wszystkie mieszkania i budynki, a nawet kościół, synagogę i sklepy szczegółowo były zrewidowane, lecz nic podejrzanego nie znaleziono.
Przepędziwszy w Wyszkowie dwie doby, oddział nasz poszedł do Brańszczyka, gdzie się znajdował szpital powstańców. Latem tego roku ukrywała się w lasach brańszczykowskich silna partia powstańców pod dowództwem Lutyńskiego, tamże formowała się partia „Żandarmów od wieszania", którą dowodził mieszczanin Karpiński, a który własnoręcznie powiesił 5 ludzi. Późnym wieczorem oddział nasz doszedł do folwarku Brańszczyk wśród ulewnego deszczu, który nie pozostawił na nas suchej  nitki. Przed przyjściem naszym dwór zajęty już był przez kozaków, którzy przeszukali wszystkie zakątki i wystawili warty na wszystkich wyjściach. Ogromny dwór wyglądał bardzo smutnie i samotnie, w jednym tylko oknie świeciło się małe światełko. Ani we dworze, ani w domach służby nie słychać było żadnego ruchu, i cały folwark czynił wrażenie wymarłego. Zanim rotny dowódca porozmieszczał żołnierzy na noc i wystawił warty, resztą oficerów, przeszliśmy przez przedpokój i wielką pustą salą do następnego oświetlonego pokoju, w którym leże¬li ranni powstańcy. Na najbliższym od drzwi łóżku leżał chłopiec, którego wszyscy wzięliśmy za dziecko. Nad łóżkiem jego rozciągnięta była obręcz, na niej zarzucone przykrycie z niebieskiego sukna. Na pytanie oficerów chłopiec powstaniec opowiedział, że ma 15 lat, pochodzi z Warszawy, gdzie pozostawił matkę wdowę, służył w partii Lutyńskiego i po rozbiciu takowej został ranny kulą w nogę, wskutek czego takową amputowano. Na pytanie dowódcy oddziału, czy dawno tu byli powstańcy, odpowiedział, że dwa tygodnie temu był tu "Słowik" ze swoją partią, a na trzeci dzień po odejściu przysłał mu przez żandarma cukier, herbatę i kilka numerów gazet. W odpowiedzi na pytanie co to [70] były za ga¬zety, chłopiec wsunął rękę pod poduszkę i wyjął stamtąd kilka starych numerów rewolucyjnej gazety "Wolny Głos"  i podał takowe oficerowi. Bystre i śmiałe odpowiedzi chłopca, jego naiwno-dziecinne i dobroduszne oblicze prędko zjednały dla niego wszystkich oficerów. [Nie obeszło się przy tym bez sceny nie pozbawionej widocznego komizmu; oficer kozacki przysłuchując się z wielką uwagą opowiadaniu chłopca, położył na jego stoliku papierosy i wyjął ze swego kapciucha garść tabaki, położył na stoliku i rzekł: „ach ty szczeniaku, tobie nie wojować, wypadałoby kaszę jeść, dalej ano zapal”. Chłopiec uśmiechnął się i skłonił głowę na znak wdzięczności. Zachowanie się oficera kozackiego wobec chłopca-kaleki, wyżej opisane, wyglądało na pozór jako opryskliwe w słowach, ale z odcieniem dobroduszności, na którą zdobyć się może tylko Rosjanin. Z natury łaskawy człowiek zrobił na wszystkich oficerach silne wrażenie]. Drugi ranny również z amputowaną nogą, nazwał siebie felczerem z partii Lutyńskiego. Felczer ten, w średnim wieku, z budowy ciała atleta, prócz  rany w nogę od kuli otrzymał dwie rany kłute w klatkę piersiową i cięcie szablą w głowę, po czem została na czole głęboka szrama. Widok tego człowieka, przedstawiającego się zupełnie zdrowym, po takich ciężkich poranieniach, wywołał powszechne zdziwienie wśród wszystkich oficerów.
W czasie tej rozmowy z powstańcami, weszła do pokoju niewiasta,  przyzwoicie ubrana i przedstawiwszy się, jako gospodyni domu, zaznaczyła, że prócz niej, wyrostka, felczera i czterech rannych powstańców, w całym majątku nikogo nie ma. Spojrzawszy z ukosa na dwóch już zupełnie zdrowych chłopów, kosynierów, przeszliśmy z gospodynią, do następnego pokoju, przeznaczonego na aptekę, aczkolwiek prócz trochę szarpi nic w nim nie było i tam przepędziliśmy z gospodynią pewien czas, która okazała się bardzo sympatyczną i inteligentną staruszką. Od niej dowiedzieliśmy się następujących szczegółów odnoszących się do  istnienia powstańczego szpitala w Brańszczyku: Szpital istnieje od początku  powstania z wiedzą rządu rosyjskiego, gdyż na mocy pozwolenia Wielkiego Księcia Namiestnika, kierowanego miłością bliźnich, powstało w Króles¬twie Polskim, kilka takich szpitali. W szpitalu Brańszczykowskim przebywało mnóstwo ciężko rannych powstańców, z których niewielu wyzdrowiało. Gospodyni owa, po wyjeździe do Warszawy dziedziczki z dziećmi, chętnie przyjęła na siebie obowiązek opiekowania się szpitalem, a jednocześnie zawiadywała majątkiem, [71] który szybko chylił się ku upadkowi. Po wyjeździe dziedziczki do Warszawy powoli rozeszła się wszystka  służba dworska, a za nimi wyjechał wolno praktykujący doktor, ranni zaś, których w tym czasie było niewielu, pozostali na opiece gospodyni i felczera-wyrostka. Według słów gospodyni, szpital utrzymywał się z dobrowolnych ofiar, a ranni zawdzięczać to mogli głównie dowódcom różnych oddziałów, które prawie codziennie przechodziły przez Brańszczyk, w celu tropienia powstańców. Jeden z takich dowódców, komen¬dant Keksholmskiego pułku grenadierów generał Rall pozostawił rannym 25 rubli. "Przez dziewięć miesięcy mojego tu pobytu – mówiła gospo¬dyni – wiele ja tu widziałam i przeżyłam. Dziś przyjmowałam naczelników wojskowych, a jutro znowu dowódców powstańczych i mogę powie¬dzieć jedno, że przez cały czas nikogo się nie bałam. Kiedy wszyscy rozlecieli się, ja jedna tu pozostałam, krzepiąc się pewnością, że moje siwe włosy obronią mnie od wszelkiej krzywdy i rzeczywiście nikt mnie palcem nawet nie trącił".  Na pytanie dowódcy, czy nie ma jak[ichś] zabronionych rzeczy w majątku, gospodyni odpowiedziała, że prócz ubrania po zmarłych powstańcach, złożonego na strychu o czym innym zupełnie nie wie. Żołnierze zrzucili owe ubrania z poddasza do przedpokoju, okazały się one niemożliwe do użycia, gdyż były mocno pokrwawio¬ne i błotem zeschniętym umazane, dlatego dowódca kazał nazajutrz takowe spalić. W pustym i zimnym obywatelskim dworze, nie było ani łóżka, stołu, krzesła, ani słomy, ani kawałka chleba. Gospodyni prócz garnuszka mleka, zdobytego w dzień nic absolutnie nie miała do jedzenia. Czem się ona żywiła w tym odludnym domu, razem ze swoimi rannymi, trudno było zrozumieć. Wskutek braku drzewa opałowego, żołnierze przynieśli kilka drzwi i porąbawszy takowe rozniecili ogień.  Powstał kłopot z urządzeniem legowisk do snu, gdyż słomy w całym folwarku nie było.
[72] Drugiego dnia wieczorem podjazd kozacki złapał w zagajniku na lewym brzegu Bugu dwóch powstańców uciekających do lasów Brańszczykowskich. Opowiadali oni, że należą do partii "Słowika", byli we dworze Somianka, wówczas, kiedy nasi żołnierze ich tam spłoszyli. Stamtąd przeprawiwszy się, w lasy radzymińskie, zawrócili nazad i pod wsią Barcice przepłynęli Bug, około Somianki udali się przez Wyszków w stronę lasów ostrowskich. W tych lasach "Słowik" rozwiązał swój oddział, podkomendnym radził, aby broń i naboje zakopali w lesie, a konie z sobą zabrali.  Żaden jednak nie spełnił tej rady, wszyscy rozbiegli się w nieładzie, broń rzucali po drodze, a zajeżdżone konie puścili bez opieki, z któ¬rych wiele padło z głodu i ze zmęczenia. "Słowik" sam miał uciekać do  Prus.
W Brańszczyku oddział nasz stał trzy dni, czyniąc rewizje w okolicy i na miejscu, a aresztowawszy kilku podejrzanych ludzi o stosunki z powstańcami, udał się w stronę rzeki Narwi, w celu czynienia dalszych wywiadów".  [Dalej następuje komentarz ks. W. Wacławskiego do wspomnianego tekstu].
Na tym kończy się opowiadanie oficera rosyjskiego oddziału. Aczkolwiek jest ono przesiąknięte mocno duchem rosyjskim i tchnie niechęcią do Polaków, podaje jednak wiele szczegółów ważnych i ciekawych o działaniach powstańczych w Brańszczyka. Świadków żyjących, pamiętających Brańszczyk z czasów powstania 1863 r., dziś w parafii jest już niewielu. Najbardziej przytomny i dobrze orientujący się w tych sprawach jest gospodarz Jan Mróz z Brańszczyka, który miał 16 lat w czasie powstania. Opowiada on, że w lasach Brańszczykowskich była wielka partia powstańców, która zaraz po żniwach miała poważną potyczkę przy Brańszczyku, gdzie obecnie wieś Zarośle, z Rosjanami nadeszłymi od strony Broku wraz z armatami. Była to więc wspomniana partia Lutyńskiego. Została ona rozbita przez Rosjan i wówczas dostał się do niewoli rosyjskiej wspomniany wyżej Karpiński, strycharz z cegielni dworskiej [73] w Brańszczyku wraz z synem. Był on u powstańców w żandarmerii polowej, a podejrzane osoby zaraz wieszał, w dworskiej choince na dro¬dze do wsi Budy (dziś osada po śp. Tomaszu Kuczyńskim). Tam odbyto wiele egzekucji ludzi nawet niewinnych, a między innymi powieszono organistę z parafii Stok (zapewne Stoczek) za Bugiem, który szedł z papierami do proboszcza w Brańszczyku. Karpiński skazany został na dożywotnią katorgę w kopalniach Syberii i stamtąd już nie wrócił. Po rozbiciu tej partii wojska rosyjskie stały w Brańszczyku cztery dni, a armaty ulokowano tuż przy plebanii, gdzie obecnie osada Jó¬zefa Narowskiego.
Dowódca "Słowik” wspomniany w dokumencie rosyjskim, był to rybak z  Brańszczyka nazwiskiem Maciej Łapiński, wdowiec, miał dwie córki, mieszkał nad Bugiem na probostwie  (gdzie obecnie Jan Dzięcioł).  Odważny, rzutki i awanturniczy – pewnego dnia na początku powstania znikł wszystkim z oczu, aż po pewnym czasie dowiedziano się, że stoi na czele konnej partii. Po roku jednak wrócił do domu nie ścigany przez Rosjan.
Opowiada dalej Jan Mróz, naoczny dziś jeszcze świadek powstania, że  szpital powstańców w Brańszczyku był nie w samym dworze, a  w browarze. Wzmiankowana opiekunka tego szpitala, owa sympatyczna staruszka, była to panna Aniela Łepkowska, długoletnia przełożona nad gospodarstwem domowym u dziedziców Rapackich. Majątek Brańszczyk był wówczas włas¬nością wdowy Tekli Rapackiej i jej córki Konstancji Deskur. Wyjechały one wraz ze służbą przyboczną do Warszawy. Dzierżawił cały majątek Adolf Rudzki (starszy) i mieszkał na probostwie nad Bugiem, które również dzierżawił. Ówczesny proboszcz ks. Bonifacy Ostrzykowski, czło¬wiek światły, patriota gorący, zachęcał ludzi do powstania i sam gorliwie pomagał powstańcom. Oskarżony przed Rosjanami, ledwo, że nie dostał się w ich ręce, kiedy zaraz po żniwach 1864 r. przyjechali go tu aresztować, lecz w porę ostrzeżony w przebraniu pastucha poszedł z innymi za bydłem wiejskim w łąki i tam zginął Rosjanom.  Wrócił dopiero w pół roku. Wikariuszem był wówczas ks.  Ludomir Ładowski,  organista Rytel, kościelny Gołębiewski.
Z miejscowych włościan do powstania nikt nie należał, aczkolwiek publicznie Rosjanom nie sprzyjali. Brak ducha patriotycznego i wrodzone tchórzostwo nie pozwalało im wstą¬pić do partii, dlatego też dowódcy powstańców zabierali siłą zdrow¬szych i zdatniejszych chłopów. Nie wielką jednak mieli pociechę z takiego powstańca. Na miejscowym cmentarzu grzebalnym pochowanych jest z górą 50 powstańców. Tyle opowiedział dziś jeszcze żyjący naoczny świadek Jan Mróz z Brańszczyka. [KS. Wacław Wacławski „Opis parafii Brańszczyk dekanatu wyszkowskiego diecezji płockiej”,  Księga dokumentów parafii Brańszczyk tom II 1924 [rkps] s. 62-67.

Zaczerpnięte z Kroniki Parafii Brańszczyk, 2012 r.